Pearl Harbor: Defend The Fleet
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Pearl Harbor: Defend The Fleet

Pearl Harbor po raz trzeci? Ano jak najbardziej! Po Beyond Pearl Harbor i Pearl Harbor: Zero Hour przychodzi czas na Pearl Harbor: Defend The Fleet autorstwa Running Dog Software. WIG uroczyście oświadcza, iż po ewentualnej premierze Pearl Harbor Strickes Back Once Again III niektórzy z naszych recenzentów zostaną wsadzeni do bombowców i niczym kamikadze popędzą na zachód, by niszczyć tych, którym grudzień 1941 jeszcze się nie przejadł. Dodam jednakże, że nie chodzi tu o zastępcę redaktora naczelnego, gdyż ten jest zbyt leniwy, by zadać sobie trud walki o bardziej oryginalną strawę PeCetową. A w ogóle to po wizycie w kinie zacząłem się bać konserw. Bo przecież gdzieś tych marynarzy musieli pochować!
Wracając na pokład – Pearl Harbor: Defend The Fleet pojawił się właśnie w amerykańskich sklepach z grami. Kosztuje niewiele, raptem 20 dolarów (80 złotych), jednak na fali popularności wzniesionej przez hollywoodzki film płynie mu się nadzwyczaj dobrze, zaś kopie znikają ze sklepu niczym świeże bułeczki. Co ważne, nie można nazwać tej gry kalką wcześniejszych dwóch produkcji. Tu bowiem nie lata się samolotem i nie strzela się do wrogich aeroplanów i statków, nie bombarduje się bazy i nie walczy o Midway. Gracz zostaje zaokrętowany na statek, postawiony przy działach i karabinach, z których wali jak oszalały ku chwale Franklina Delano Roosevelta, ówczesnego prezydenta USA.
Wystarczy rzucić okiem na screeny pochodzące z gry, by nabrać pewności, że Pearl Harbor: Defend The Fleet to tak naprawdę jeszcze jedna kalka starego, dobrego Beach Head. Miłośnicy programów wywodzących się z automatowych hitów powinni być więc zadowoleni z tego, co zobaczą na ekranie monitora. Otóż poranek wita gracza hukiem nurkujących japońskich bombowców, które w zastraszającym tempie zbliżają się do amerykańskiego brzegu Haiti. Cóż, w magazynie na rufie znajduje się kilka różnych broni do wyboru, np. mikrus 40 MM czy całkiem już spora 3-calówka. Zabawa sprowadza się do ostrzeliwania przelatujących samolotów, widocznych zresztą na radarze, niszczenia wrogich statków, jednym słowem demolowania wszystkiego, co nawinie się pod lufę i nie ma na sobie amerykańskiej flagi. Atrakcji więc nie brakuje, przynajmniej przez kilka pierwszych godzin grania. Nieco gorzej z szatą graficzną; na screenach widać produkt przeciętny, oferujący przyzwoite modele samolotów (około 10 typów), przeciętne tła i nienajlepsze efekty specjalne. Wadę tą rekompensują niewysokie wymagania sprzętowe; Pentium 300 i dobry akcelerator wystarczają do całkiem przyzwoitej zabawy.
Autorzy programu nie twierdzą, iż jest on ósmym cudem świata. Podkreślają przede wszystkim nieskomplikowany system sterowania (mysz) oraz stopniowo wzrastający poziom trudności. Początkowo gra wydaje się więc prosta, a wręcz banalna, jednak z czasem wróg staje się bardziej przebiegły i nie wystarczy już umiejętnie kierować działami i strzelać bez zastanowienia. Pearl Harbor: Defend The Fleet wyróżniać ma się też bardzo realistycznym dźwiękiem, odtwarzającym to, co słyszeli ludzie walczący o Pearl Harbor, a także dokładnym odtworzeniem broni i maszyn, które wówczas były w użyciu. I tu ciekawostka – w jednym z amerykańskich sklepów internetowych znalazłem komentarz gracza, niejakiego Chucka Burgessa, którzy zaciągnął przed komputer dziadka. Nie byłoby w tym nic specjalnie zdrożnego, gdyby nie fakt, że dziadek ów służył w 1941 roku na USS Maryland i obsługiwał wieżyczkę strzelniczą! W jego opinii gra dość wiernie odtwarza to, co widział, słyszał i przeżył te 60 lat temu.

PS. Gra ma ponoć problemy z kartami VooDoo. Lepiej zaopatrz się w GeForce!